Serwis internetowy langloo.com wykorzystuje pliki cookies, które umożliwiają i ułatwiają korzystanie z jego zasobów. Korzystając z serwisu wyrażasz jednocześnie zgodę na wykorzystanie plików cookies.

Czytanki angielskie

Jak się jeździ samochodem w Moskwie

Autor: Langloo
Poziom: Średniozaawansowany

Twoja ocena: {{rated}}



Czytaj
 
Ćwicz

Do napisania tego artykułu skłoniła mnie przypadkowa rozmowa przy piwie z poznanymi młodymi Moskwianami, z którymi spędziłem knajpiany wieczór w styczniu tego roku.

Środek pory suchej, gorąco, upał 40 stopni, słońce przygrzewa tak, że mógłbym smażyć krewetki na betonie, No nic – myślę – Czas na popołudniowe piwko. Idę, a właściwie sunę powłócząc nogami do najbliższej plażowej knajpy w Kalutarze na Sri Lance. I tu niespodzianka, nie tylko ja wpadłem na tak odkrywczy pomysł
wszystkie miejsca pod parasolami z liści palmowych zajęte – gwarny, różnonarodowy tłumek siedzi i leniwie sączy różnokolorowe płyty o nazwach często nie do wymówienia w naczyniach zwanych szklankami.

- Przecież nie będę pił piwa na słońcu – klnę cicho pod nosem. - Ale może nie będę musiał – wstąpiła we mnie wiekopomna nadzieja - bo nagle dostrzegam wolne miejsce przy jednym ze stolików. Wprawdzie siedzi tam jakiś trzech kolesi i sączy piwo ale jedno krzesło chyba nie jest zajęte.
- Cześć! – zagaduje, Wolne? – pytam się.

Oni, zmierzyli mnie krótko wzrokiem i uznali, że chyba nie jestem groźny, więc tylko powiedzieli – Jasne, siadaj.
I tak oto przysiadłem się, jak się później okazało do grupki Rosjan, którzy tak jak i ja, spędzali urlop na tym azjatyckim, parnym wybrzeżu. Siedzę i piję sobie piwko, obserwuje jak dwa stoliki dalej łysy koleś walczy z wielkim homarem, którego nijak nie dało się pokroić (gość nie wiedział, że homara trzeba połamać), a jeszcze stolik dalej siedzi pod stołem jakiś dzieciak i z pasją wsypuje pijanemu tatusiowi piach do buta. No cóż, wakacje, sielanka – myślę sobie i zastanawiam się, czy może nie skusić się na jakiś lokalny drink z arakiem i sokiem z trzciny.

- Chcesz jeszcze piwa? – z zamyślenia wyrywa mnie czyjś głos. Po chwili uświadamiam sobie, że to chyba do mnie mówi poblisko siedzący Rosjanin.
- Taa
mówię zaskoczony, Dzięki – weź mi Heinekena.
- OK. – mówi koleś w czerwonych szortach i po chwili przede mną pojawia się kufel złocistego, lodowatego piwa.
- Masz, ale następne ty stawiasz – mówi ze śmiechem.
- Jasne – odpowiadam
- Skąd jesteście? – pytam.
- My z Moskwy – odpowiadają.
- A ty?
- Ja z Polski.
- O, Polak – i tak zaczęliśmy sobie rozmawiać o jakiś bzdurach, aż po następnej kolejce przeszliśmy do grubszych tematów – w tym, a jakże mogłoby być inaczej – temat zszedł na nasze „zaprzyjaźnione” kraje i wzajemne, dość mocno skomplikowane relacje. Moi rozmówcy, którzy, jak się okazało, pochodzili z bardzo zamożnych rodzin, byli wręcz zdziwieni, że ja Polak chce z nimi w ogóle rozmawiać, no bo przecież my Polacy ich – czyli Rosjan – bardzo nie lubimy. Moje tłumaczenia, że wcale tak nie jest, bo do Rosjan jako narodu nic nie mamy i właściwie ich lubimy, a wątpliwości to mamy jedynie do ich rządu i imperialnych zapędów, jakoś ich nie przekonały i zaczęli jeden po drugim dawać mi przykłady naszej wrogości, które oczywiście w większości nijak się miały do rzeczywistości. Na moje słowa, że pewne sprawy oceniają bardzo stronniczo i niezbyt obiektywnie młodzi ludzie z pasją zaczęli wychwala ich kraj, prezydenta, rząd, Gazprom, wojnę w Gruzji, rosyjską politykę zagraniczną itp. itd.

Po trwającej z pół godziny wymianie głębokich myśli zamówiliśmy kolejne już piwo i zeszliśmy na temat jakości życia w Moskwie, szans zrobienia u nich kariery itp. I tu również Moskwianie zaczęli opowiadać jak im dobrze, że mieszkają w wielkich willach, jeżdżą drogimi samochodami, a ich ojcowie pracują dla jednej z wielkich firm gazowniczych.

I tak sobie rozmawiamy, pustych kufli po piwie na stole zaczęło przybywać i w końcu zeszliśmy na banalny temat facetów, czyli samochody. I tu jeden z rozmówców, Misza, pochwalił się, że rok temu kupił sobie nowego mercedesa z salonu ale po kilku miesiącach musiał sprzedać swój piękny automobil, bo jak stwierdził z nostalgią w głosie, okazał się dla niego za drogi w użytkowaniu. Zainteresowało mnie, co właściwie ma na myśli, więc zacząłem go wypytywać, jak nowy Merc może być drogi w użytkowaniu, czyżby paliwo, albo OC mieli aż tak drogie? A on, że nie chodzi o to, tylko o mandaty. Coraz bardziej zaciekawiony dalej drążyłem temat i mówię, że ja w Polsce też czasami płacę mandaty ale jakoś mnie to nie rujnuje, więc co on robi, że płaci taaaakie rujnujące jego kieszeń mandaty? Myślę sobie
kolesia stać na nówkę Merca z salonu, a nie stać na płacenie paru rubli? I już zacząłem mieć wizję – albo non stop jeździ na bani, albo wozi gołe laski na masce, a może jeździ na drodze bokiem, kto wie? Ale nie, Misza odpowiedział:

- No jak, przecież wiesz, o co chodzi – Muszę płacić milicji.
- Co? – zapytałem szczerze zdziwiony – Za co im płacić?
- No jak, przecież na pewno też tak macie. Trzeba płacić za to, że się jeździ samochodem.
Że jak? – pytam się z niedowierzaniem – Ale jak to? W ogóle nie rozumiem, co masz na myśli możesz to bardziej wyjaśnić?
Misza spojrzał się na kolegów ze zdziwieniem i mówi do mnie – No jak Polak, nie wiesz, o co mi chodzi? Przecież jak chcesz jeździć to musisz im się opłacić.

I tu opowiedział mi mrożącą krew w żyłach historię
jak to jest z moskiewską milicją drogową i jak faktycznie wygląda prawo w Moskwie. Otóż, na ulicach Moskwy, głównie na tych większych, co parę kilometrów znajdują się stałe posterunki milicji – budki, kolczatki, milicjanci z kałachami itp. Oprócz takich posterunków, znajduje się także niezliczona ilość lotnych patroli i oni wszyscy mają jedno jedyne zadanie – zatrzymać kierowcę i skasować, tzw. Mandat niezależnie od tego, czy nieszczęśnik akurat naruszył jakiś przepis drogowy, czy też nie. W praktyce wygląda to tak, że milicja drogowa to coś w rodzaju oficjalnej mafii, a o chlubną pracę milicjanta drogowego zabiegają tłumy chętnych, którzy muszą słono zapłacić za przywilej bycia milicjantem – no ale warto, bo wtedy młodzian-milicjant ustawiony jest do końca życia i nikt mu nie podskoczy. W Moskwie milicjant drogowy to prawdziwy król stojący absolutnie poza prawem, który może wszystko i właściwie nikt, poza jego szefem, go nie kontroluje. A jego szef pobiera 80-90% haraczu z tego, co milicjant wyzyska od kierowców i wszystko kręci się tak od lat i to oczywiście całkowicie za przyzwoleniem władz! W praktyce wygląda to tak, że milicjanci mają bazę danych samochodów, i wiedzą, czy kierowca zapłacił już w danym tygodniu, czy też nie. Jak nie, to zatrzymują delikwenta, wynajdują mu jakąś mniej lub bardziej fikcyjną usterkę lub wymyślają jaki to rzekomo przepis drogowy złamał i kasują, kasują, kasują, oczywiście zawsze płatne na miejscu. Jak się opierasz to nie ma zmiłuj – kimkolwiek jesteś to i tak rzucają cię na maskę, leją, a jak się stawiasz to podrzucają dragi lub granaty do samochodu i dopiero wtedy masz kłopoty.

A więc nie ma rady, wszyscy, nawet bardzo bogaci biznesmeni i urzędnicy państwowi po prostu im płacą. I to niemało, a nawet w naszej polskiej skali ogromnie dużo. Według oficjalnego-nieoficjalnego taryfikatora – za bardzo dobry samochód (według skali moskiewskiej – Rolls Royce, Maybach, Astona Martina itp.) trzeba bulić 2000 dolarów tygodniowo (UPS!!!), za średni (Mercedes, Jaguar, Lexus, Infinity, Acura itp.) 1000 dolarów tygodniowo, za słaby (Toyoty Land Cruiser, Jeepy, Saaby itp.) 200 dolarów tygodniowo, a za graty (wszystkie inne) albo nic, albo 10 dolarów tygodniowo (zależy od humoru). I co ciekawe, wszyscy, dosłownie wszyscy płacą i nikt, zupełnie nikt się nie buntuje.

Nie kryjąc zdziwienia graniczącego z oszołomieniem zadałem pytanie, że może trzeba to komuś zgłosić. Ale Misza spojrzał na mnie, jak na głupiego i powiedział – Co ty Polak, życia nie znasz, komu zgłosić? Przecież wszyscy na górze to tolerują bo coś z tego mają!

Ta niesamowita opowieść z krypty wydała mi z pozoru bardzo niewiarygodna ale do stolika przysiedli się kolejni Rosjanie i słysząc naszą rozmowę potwierdzali, że tak jest naprawdę i czemu ja się właściwie dziwię – przecież to nic nadzwyczajnego – tak już po prostu jest i być musi.

Po tej milicyjnej opowiastce rodem z innego świata wypiliśmy jeszcze po dwa piwa i Misza, Dima i Pietia widząc moje zdziwienie wyraźnie się rozochocili i zaczęli mi opowiadać kolejne milicyjne historie, z których szczególnie jedna utkwiła mi w pamięci. Otóż jeden z ich znajomych miał zapalenie pęcherza i chadzał nocą za potrzebą kilka razy do kibelka. A że był to budynek piętrowy to sąsiadom z dołu przeszkadzało to, że głośno spuszcza wodę. I ci sąsiedzi znali kogoś w milicji, zadzwonili do niego i w środku nocy przyjechała milicyjna brygada na sygnale, obiła Bogu ducha winnego delikwenta, wlepiła mu mandat i tu uwaga: zakazała mu… chodzenia nocą do toalety! I wręczyli mu taki zakaz na piśmie!

Jak się okazało rosyjska milicja to państwo w państwie, robi co chce i kasuje kogo chce i za co chce, a wszelkie formy obywatelskiego buntu są niemożliwe, no bo w najlepszym wypadku można zostać obitym przez nieznanych sprawców, a w najgorszym – iść do więzienia.

Po kilku godzinach rozmowy zapytałem ich, jak to co właśnie mi opowiedzieli, ma się do ich wcześniejszych patriotycznych deklaracji? I tu nagle rozmowa zmieniła się radykalnie – Rosjanie
ku mojemu szczeremu zaskoczeniu, jeden po drugim zaczęli deklarować, że tak naprawdę to mają jedno marzenie – wyjechać z Rosji, a że ich stać, to jeszcze chwila i z pewnością wyemigrują. Marzy im się Francja lub Hiszpania, ale pytali się mnie również o Polskę, czy mamy korupcję itp. Powiedziałem o kopertach dla lekarzy, o ustawionych przetargach itp. – a oni z coraz większym niedowierzaniem słuchali mej opowieści, aż w końcu zawyrokowali – O czym ty mówisz, Polak? Wy w ogóle nie macie korupcji!

Na koniec spotkania Misza ze smutkiem powiedział – Wiesz co Polak, trochę ci zazdroszczę. Dlaczego? – pytam się. No jak, dlaczego? Dwadzieścia lat temu i Polska i Rosja miała tę samą szansę, i gdzie wy teraz jesteście, a gdzie my?

I tak skończyło się moje spotkanie, podane tutaj informacje – choć trudne do uwierzenia
nie są w żaden sposób podkręcane, tak właśnie widzą i opisują kwestię przestrzegania prawa w swoim kraju zamożni, młodzi Rosjanie. A swoją drogą, słuchając takich opowieści możemy dojść chyba tylko do jednego wniosku, że właściwie to chyba naprawdę żyjemy w całkiem fajnym kraju, czyż nie? 

Słowniczek
{{item.term}}
{{item.description}}