Serwis internetowy langloo.com wykorzystuje pliki cookies, które umożliwiają i ułatwiają korzystanie z jego zasobów. Korzystając z serwisu wyrażasz jednocześnie zgodę na wykorzystanie plików cookies.

Czytanki angielskie

Najbardziej przerażające prace na morzu

Autor: Langloo
Poziom: Średniozaawansowany

Twoja ocena: {{rated}}



Czytaj
 
Ćwicz
W czasach wojny trudno wyobrazić sobie bardziej niebezpieczną i przerażającą pracę niż maszerowanie w pierwszej linii. A jednak – istniało mnóstwo zajęć, które przyprawiają o niesamowite ciarki na plecach. Oto dwa najbardziej przerażające zajęcia w marynistycznej historii wojen, o których dziś niewielu jeszcze pamięta.

Załoga łodzi podwodnej
Współczesne statki podwodne to zaawansowane technologiczne konstrukcje naszpikowane elektroniką niczym sernik rodzynkami. Są budowane w oparciu o lata doświadczeń oraz zaawansowaną wiedzę inżynieryjną. Jednak nie zawsze tak było – dekady temu ktoś niespełna rozumu postanowił wziąć w nawias podstawowe prawa fizyki, złamać wszystkie zasady bezpieczeństwa i skonstruować coś na kształt wynalazku da Vinciego, choć prawdopodobnie mniej się do tego przykładając, a na dodatek – o zgrozo! – postanowił umieścić wewnątrz ludzi.

Na ten genialny pomysł wpadli amerykańscy konfederaci licząc na to, że stworzenie takiej maszyny pomoże im przechylić szalę zwycięstwa w wojnie secesyjnej na ich stronę i przełamać monopol Jankesów na zaawansowane uzbrojenie. W ten oto sposób powstał H.L. Hunley, który w rzeczywistości był niczym więcej, jak tylko metalową puszką bez oświetlenia, przyrządów do nawigacji czy choćby szczelnego kadłuba. To monstrum napędzane było wałem korbowym, który obracał olbrzymią śrubę i do którego obsługi potrzebnych było siedmiu marynarzy. Patrząc oczami wyobraźni na tak zaawansowany technologicznie wynalazek, nikogo nie zdziwi chyba, jeżeli powiem, że po pierwszym wodowaniu H.L. Hunley zatonął. Z całej ośmioosobowej załogi  uratowało się jedynie trzech marynarzy.

Niezrażeni niepowodzeniem dowódcy łodzi postanowili wydobyć Hunleya na powierzchnię i zaryzykować kolejne podejście. Tym razem, aby dodać marynarzom odwagi, jednym z członków załogi był sam wynalazca łodzi, który jednak przypłacił tę odwagę życiem... Za drugim razem na dno w ciemnej, blaszanej trumnie poszli wszyscy.

Niestrudzeni admirałowie konfederackiej floty wojennej, których w tamtych czasach nie ograniczały konwencje praw człowieka ani inne niewygodne akty prawne, 17 lutego 1864 po raz trzeci wodowali Hunleya.

Tym nikt nie bawił się już w rejsy testowe. Łódź wyposażono w torpedę i od razu wysłano w ogień bitwy, pięć mil od brzegu. Hunley miał zatopić 1240-tonowy USS Housatonic i o dziwo – udało mu się to. Sukces ten jednak nie był pełny, gdyż, jak z pewnością już się domyślacie, łódź zatonęła po raz trzeci, ponownie stając się grobowcem dla całej załogi.

Tym razem Hunley przeleżał na dnie oceanu 136 lat i dopiero 8 sierpnia 2000 roku został wydobyty na powierzchnię i po skomplikowanych pracach konserwacyjnych trafił do muzeum.
 
Powder monkey
Życie XVIII-wiecznych marynarzy, którzy nierzadko spędzali na okrętach większość swojego życia niewiele miało wspólnego z malowniczym i hulaszczym życiem kapitana Jacka Sparrowa. Marynarze doświadczali szkorbutu, żyli wśród szczurów, brudu i pasożytów, chodzili niedożywieni, a gdy doszło do bitwy, to niewiele przypominała ona malownicze sceny znane z hollywoodzkich superprodukcji. Przede wszystkim była to desperacka walka o to, by zatopić wroga, zanim to on zatopi nas. W czasie takiej walki jednocześnie trzeba było manewrować okrętem, chronić pokład przed abordażem i atakować z dział. Podczas, gdy doświadczeni marynarze zajmowali się sterowaniem i walką, zadanie obsługi dział powierzono… małym chłopcom, których określano mianem powder monkeys, czyli małpek od prochu.

Powder monkeys często nie mieli więcej niż dziewięciu lat, a zmuszani byli do pracy na linii ognia, biegania po pokładzie z ciężkimi workami prochu i ładowania dział jak doświadczeni w boju mężczyźni. Wielu z nich na statkach nie przebywało z własnej woli – byli porywani i zmuszani do służby bez zapłaty i najmniejszej nadziei na powrót do domu. W XVIII-wieku dzieci nie były objęte żądną opieka prawną, a ich życie nie miało żadnej wartości więc bezkarnie mogli być wykorzystywani jako służba na statkach wojennych.

Dziś trudno nam sobie jednak wyobrazić, jak mali, zabiedzeni i niedożywieni chłopcy radzili sobie z trudnymi obowiązkami, ciężkimi działami i życiem na linii ognia. W ferworze bitwy proch wybuchał, a ciężkie działa na manewrującym i kołyszącym się od wystrzałów statku przygniatały nieszczęsne „małpki”. Chłopcy padali jak muchy, ale że nikt nie cenił ani ich pracy, ani tym bardziej życia, to ich heroiczne wysiłki poszły w zapomnienie, a o tej makabrycznej profesji przypominają dziś już tylko stare zdjęcia, pamiętniki i szkice, które można oglądać w muzeach.
Słowniczek
{{item.term}}
{{item.description}}